HUGH
LOFTING

"Doktor Dolittle i jego zwierzęta"






    Jest to pierwsza z cyklu książek o doktorze Dolittle i jego przyjaciołach, która wprowadza czytelnika w świat tej pełnej pogody, przygód i zabawnych sytuacji opowieści.
    Do grona najważniejszych bohaterów, obok tytułowego doktora Dolittle, należą jego podopieczni i przyjaciele: papuga Polinezja, która nauczyła doktora mowy zwierząt, kaczka Dab-Dab, prosię Geb-Geb, małpka Czi-Czi, sowa Tu-Tu, pies Jip.
    Niezaradny życiowo doktor okazuje się energiczny wówczas, kiedy trzeba komuś pomóc, zwłaszcza zwierzętom, ale to one muszą dbać o jego interesy. Doktor zupełnie nie potrafi radzić sobie z gospodarstwem ani zapewnić środków do życia. Sytuacja ulega więc tu odwróceniu - to zwierzęta opiekują się doktorem, zapewniając mu wolność od trosk materialnych.
    Wszyscy podejmują wyprawę do Afryki na prośbę tamtejszych małp, wśród których wybuchła wielka zaraza. Podróż to okazja do wielu niebezpiecznych, a także wesołych przygód, po których następuje powrót do rodzinnego Puddleby w Anglii.
    Tajemnica powodzenia tej uroczej opowieści polega na umiejętnym zespoleniu fantastycznego pomysłu, że zwierzęta są istotami rozumnymi, porozumiewającymi się przy pomocy języków, z realistycznym aż do drobnych szczegółów obrazem ówczesnej Anglii i opisywanych sytuacji.
    Lektura nadaje się do samodzielnego przeczytania przez uczniów w domu, a także fragmentami w klasie pod kierunkiem nauczyciela.






"Doktor Dolittle i jego zwierzęta"

(fragment)

    I nieraz, już po całkowitym ozdrowieniu, nie chciały opuszczać domu doktora - tak dobrze im tam było i tak bardzo kochały właściciela. A doktor nigdy nie miał serca odmówić im gościny, gdy go pytały, czy mogą pozostać. W ten sposób zbierało się u niego coraz to więcej i więcej zwierząt.
    Pewnego razu, gdy siedział na murze ogrodowym i palił fajkę, przechodził kataryniarz, Włoch, prowadzący małpkę na sznurku. Doktor zauważył natychmiast, że małpka ma za ciasną obrożę i że jest brudna i nieszczęśliwa. Odebrał więc zwierzę Włochowi, dał mu szylinga i kazał odejść. Ale kataryniarz rozzłościł się i oświadczył, że chce małpkę z powrotem. Doktor jednak powiedział, że jeśli nie pójdzie zaraz precz, to go zbije. Jan Dolittle był bardzo silny, choć nie bardzo wysoki. Włoch zatem zląkł się i odszedł wśród wyzwisk i obelg; małpka zaś pozostała u Jana Dolittle, gdzie znalazła gościnny przytułek. Inne zwierzęta w domu przezywały ją "Czi-Czi", co jest słowem znanym w małpim języku i znaczy "imbir".
    Innym znów razem, kiedy do Puddleby przybył wędrowny cyrk, krokodyl, który cierpiał na straszny ból zębów, uciekł i zjawił się w ogrodzie doktora. Doktor rozmówił się z nim po krokodylemu, wziął go do mieszkania i wyleczył mu zęby. Ale krokodylowi spodobał się dom doktora z tymi różnymi kątami dla różnych zwierząt i chciał tu pozostać. Poprosił doktora, aby mu pozwolił spać na dole w ogrodzie, w rybim stawku, i przyrzekł święcie, że nie będzie pożerał ryb. Kiedy zaś cyrkowcy przyszli po niego, wpadł w taki dziki szał, że wszystkich przepłoszył. Natomiast dla domowników był zawsze łagodny jak baranek. Teraz jednak z obawy przed krokodylem starsze panie przestały posyłać swe ulubione pieski do doktora; również i chłopi nie chcieli uwierzyć, że krokodyl nie pożre jagniąt ani cieląt, które posyłali na kurację. Doktor więc zwrócił się do krokodyla i oświadczył mu, że będzie musiał wrócić do cyrku. Lecz krokodyl zaczął płakać tak rzewnymi łzami i tak gorąco błagał, by mu pozwolono zostać, że doktor uległ jego prośbom.
    Siostra doktora jednak powiedziała:
    - Janie, musisz koniecznie oddalić tego potwora. Chłopi i starsze panie boją się posyłać swe zwierzęta do ciebie - a właśnie teraz zaczęło nam nieco lepiej powodzić. Obecnie czeka nas zupełna ruina. Nie, nie będę dłużej prowadzić gospodarstwa, jeśli nie wyrzucisz tego aligatora!
    - To nie aligator - poprawił doktor - to krokodyl.
    - Niech się nazywa, jak chce - odparła siostra. To straszne znaleźć taką bestię pod swym łóżkiem. Nie chcę go mieć tu w domu.
    - Przecież obiecał mi sollenie nie pożreć nikogo. Nienawidzi cyrku, a ja nie mam pieniędzy na odesłanie go z powrotem do Afryki, skąd pochodzi. Zresztą nie zwraca na nikogo uwagi i na ogół zachowuje się zupełnie przyzwoicie. Nie rób tyle hałasu o taki drobiazg.
    - Mówię ci, że nie chcę, by się tu wałęsał - odrzekła Sara. Zjada linoleum. Jeśli go zaraz nie wyrzucisz, pójdę sobie stąd i wyjdę za mąż.
    - Dobrze, powiedział doktor, idź i wyjdź za mąż. Na to nie ma rady. Z tymi słowami wziął kapelusz i wyszedł do ogrodu.
    Sara Dolittle spakowała istotnie swoje rzeczy i opuściła dom brata, a doktor został sam ze swą rodziną zwierząt.
    Bardzo prędko nędza zajrzała do jego okien. Tyle gąb trzeba było wszakże wyżywić, o cały dom się troszczyć, a nie było nikogo, kto by łatał bieliznę i ubranie. W dodatku nie starczało pieniędzy na zapłacenie rachunków u rzeźnika, toteż sprawy poczęły brać coraz gorszy obrót. Ale doktor nie przejmował się tym zupełnie.
    - Pieniądze to kłopot - mówił zwykle. Wiodłoby się nam wszystkim o wiele lepiej, gdyby ich nigdy nie wynaleziono. Co nas obchodzą pieniądze, dopóki jesteśmy szczęśliwi?
    Ale wkrótce same zwierzęta zaczęły się trapić. I pewnego wieczoru, gdy doktor zdrzemnął się w fotelu przed kominkiem w kuchni, zaczęły rozmawiać ze sobą szeptem. Sowa Tu-Tu, która znała dobrze arytmetykę, liczyła, że pieniądzy starczy jeszcze tylko na tydzień - o ile wszyscy będą jeść raz dziennie, nie więcej.
    Następnie zabrała głos papuga:
    - Jestem zdania, że powinniśmy sami zająć się gospodarstwem. Przynajmniej to możemy zrobić, przecież z naszego powodu został ten stary człowiek taki samotny i ubogi.
    Zgodzono się, że małpka Czi-Czi będzie gotowala i łatała bieliznę, pies miał zamiatać pokoje, kaczka wycierać kurz i słać łóżka, sowa Tu-Tu miała prowadzić rachunki, a świnka zająć się ogrodem. Papugę Polinezję mianowano gospodynią i praczką, bo była najstarsza.
    Naturalnie z początku te nowe zajęcia wydawały się zwierzętom bardzo trudne - wszystkim z wyjątkiem Czi-Czi, która miała ręce i mogła chwytać przedmioty jak człowiek. Ale wnet wprawiły się i z wielką uciechą przyglądały się psu Jipowi, jak wycierał podłogę szmatą przywiązaną do ogona, posługując się nim niby miotłą. Po jakimś czasie wykonywały wszelkie prace tak dobrze, że doktor twierdził, iż nigdy przedtem nie było u niego tak czysto i ładnie.
    I znowu długi czas szło wszystko wcale dobrze, tylko brak pieniędzy sprawiał im sporo kłopotów.
    Wówczas urządziły zwierzęta przed ogrodową furtką stragan z warzywami i kwiatami i sprzedawały rzodkiewki i róże przechodniom na ulicy.